11
później
“blue tiger”
nad miastem unosily się chmury, majestatyczne tygrysy, żeglujące w błękicie neonowego nieba . neon wiszący nad wejściem był w połowie spalony, niewielu pamiętało prawdziwa nazwę klubu. wszyscy nazywali go spalona wenecja. kafejka jakich wiele w portowej dzielnicy b-city. nie wiem od kiedy zacząłem tu przychodzić, to chyba było tuz po wojnie. nazwali ja neonowa, bo miasta plunęły od spalonego gazu, który tak szybko zabijał...bar był przestronny. gdy wchodziło się głównym wejściem, pierwsze co rzucało się w oczy to podświetlana marmurowa fontanna, i kryształowe żyrandole, zwisające niby kiście owoców. jednak prawdziwa niespodzianka była sala. wszystkie stoliki umieszczone były na tratwach aby na nie wejść trzeba było skorzystać z miniaturowych trapów. to był czysty surrealizm, piękny i jakże mroczny. neobarokowe gigerowskie wykończenia, pragnienia wyrażone w metalu. za barem stal weteran, ale któż z nas nim nie jest… estrada była niewielka, zbudowana z fragmentów bomb pomalowanych w jaskrawy róż. typowy element baru podniesiony do rangi politycznego manifestu. dziś śpiewała ona, cud kobieta, zielonooki demon zmysłowości. jak zwykle zaśpiewa “black velvet”… a ja jak zwykle posiedzę przy stoliku sącząc siwuchę z tabasco.
leave a comment